|
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blog roku
Guestbook
Muzycznie
Sportowo
Ulubione
|
Twórczość projektu muzycznego In Case of nothing
poniedziałek, 13 czerwca 2011
Ladies and fawkulce, proudly ogłaszam (z małym ;) opóźnieniem), że od sierpnia 2010 roku tworzone przeze mnie utwory, są grane przez zespół ICON, w którym jestem gitarzystą i wokalistą.
wtorek, 29 czerwca 2010
Moje "popisy" z karaoke w Paradox Cafe w Warszawie
sobota, 08 maja 2010
piątek, 30 kwietnia 2010
So we are parted ICON - "Anioł" (coming soon)
piątek, 25 grudnia 2009
...można trochę pomyśleć o innych. I wczuć się w poezję, która powstała dla ludzi nieszczęśliwych. Lecimy.
Piszę Ci, Synku, list z daleka, z domu ... Włodzimierz Lewik
Zapomniałem to przekleić ze starego bloga, a szkoda. Bo w tym roku jest dużo bardziej aktualne niż w poprzednim. To są najgorsze święta, jakie można sobie wyobrazić.
Zapach wiatru z igliwiem do domu wniesiony Gdzieś za oknem dzwon wigilią zajęczał Zastawa skrzy się świętem, gwiazd kolędowaniem Jak co roku ze spróchniałej komody wyjęta
Siedem miejsc przy stole jak siedem grzechów głównych Bo każdy ma przecież jakiś na sumieniu Życzcie sobie proszę, łamiąc się opłatkiem Czegoś dobrego, w moim imieniu
Ja na nic nie czekam, niczego nie pragnę Przecież niczego otrzymać nie mogę Nie chcę Waszych życzeń, okruchów opłatka Nie mogę być dziś z Wami. Odszedłem. Odchodzę.
Zgasła moja świeczka, ogień zdmuchnął ktoś Chcę Wam podarować coś na koniec, przyjaciele Póki gorący, roztopiony wosk Dla Was z niego swoje serce odleję
Ten jeden raz przemówiłem ludzkim głosem Wylewam więc z siebie głodnego kota krzyk Kęs miłości - karmy, krwi - kominka żar I zrozumienia - tłustego mleka łyk
Zaraz rok kolejny zaświta na nowo I doda Wam kilka zmarszczek na czole Zostawcie proszę, na wszelki wypadek Ostatnie, wolne miejsce przy stole.
sobota, 19 września 2009
wtorek, 11 sierpnia 2009
„Jestem odporny na reklamę”. Jakże często słyszę ten tekst od ludzi, którzy dowiadują się, czym się zajmuję. Każdy niemal twierdzi, że jest odporny. Nie zwraca uwagi, nie czyta, nie ogląda. Zmienia kanał w TV, stację radiową, wyrzuca dodatek reklamowy do „Metra”, usuwa sms-y i mailingi reklamowe. Odporny jak nie wiem co. Jak dzieciak po Actimelu. Tyle, moi kochani znajomi, że na reklamę trzeba spojrzeć nieco szerzej. Jeśli zamkniemy rozumienie reklamy w ramach irytujących przerywników w filmie, bloków przed serwisami informacyjnymi w radio, billboardów i innych nośników szeroko rozumianego ATL-u, faktycznie w pewnym sensie jesteście odporni. W tym sensie, że możecie świadomie zmienić kanał, odwrócić wzrok, zatkać uszy itp. Skąd jednak w Waszym słownictwie tak bogaty zestaw powiedzonek typu „takie rzeczy tylko w Erze”, „Ja jestem Sprite, a Ty pragnienie” albo „Teraz to mi to Lotto”? Tak, wiem, usłyszeliście od znajomego. Ale po pierwsze: nie wierzę, po drugie: nawet jeśli, to właśnie padliście ofiarą ;) marketingu szeptanego. A powtarzając te powiedzenia, sami reklamujecie dane marki. Łyso Wam? Jakie znacie marki mleka, samochodów, telewizorów, laptopów? Skąd wiecie o Nokii, iPhonie, sieciach komórkowych? Moi Wy drodzy, odporni na reklamę? OK, dobra. Wyżej wymienionych przedmiotów używacie na co dzień, to i znacie. Zapytam zatem inaczej – kiedy ostatnio robiliście w domu generalny remont, z malowaniem, tapetami i czym tam jeszcze? Wymieńcie zatem teraz wszystkie marki farb jakie znacie. Dużo znacie, prawda? Żeby daleko nie szukać: Nobiles, Śnieżka, Tikkurila, Hammerite, Dulux... osobiście zapewne żadnej w życiu nie użyłem. Niemniej o wszystkich słyszałem, a wymieniając ich nazwy podświadomie wizualizuję sobie ich loga. To samo jest z Wami. Irytacja zalewającą nas papką reklamową to nie odporność. Wręcz przeciwnie – odporna osoba nie zauważyłaby reklamy i się nią nie irytowała. Jesteście podatni jak każdy – pogódźcie się z tym i kropka. Wiecie, gdzie byłaby cywilizacja, gdyby nie reklama? Prawdopodobnie, zamiast czytać ten tekst, iskalibyście właśnie swoje nadmiernie owłosione potomstwo, drugą ręką trzymając się konaru drzewa. Skąd wiedzielibyście o produktach, markach, których używacie? Jak horrendalne byłyby ceny prasy, abonamentu RTV? Kiedyś studenci jednej z warszawskich uczelni (albo szkoły policealnej, nie pamiętam) zrobili happening, w porozumieniu z wydawcą drukując kilkanaście egzemplarzy popularnego dziennika – bez ani jednej reklamy. I poszli ją sprzedawać na ulicę. Chętnych było od groma i trochę. Tyle, że bez reklam, z których utrzymują się wszystkie media, gazeta ta kosztowała blisko 100 zł, zamiast zwyczajowego 1,80 zł... Jak korzystalibyście za darmo z naszej-klasy, onetu czy Googli nawet, gdyby nie to, że wszyscy oni zarabiają na reklamach? A ten irytujący, wyskakujący banner z uciekającym krzyżykiem, jest Waszą przepustką do wirtualnego świata? Bo gdyby nie on, zamiast wejść na onet za darmo, musielibyście np. wysłać kosztownego smsa. Za każdym razem. Więcej tolerancji, moi drodzy odporni. Reklama, która wkurza najbardziej, czyli ATL, zwykle ma cel wizerunkowy. Jeśli nawet opluliście billboard Play’a, wcześniej na niego spojrzeliście, siłą rzeczy. I mimo świadomego wyparcia tego ze swojego umysłu, podświadomie już zawsze kolor biały i fioletowy skojarzycie z tą marką. No i z Milką ;) A o to reklamodawcy zapewne chodziło...
Tak to już jest – a to w sumie nic odkrywczego – że życie weryfikuje pobożne życzenia i wyobrażenia na różne tematy. Kiedy dwa lata temu pracowałem w Optineo, firmie doradztwa personalnego, marzyłem o pracy w agencji reklamowej. Praca kreatywna, ciągła styczność z artystami, celebrytami, luźna atmosfera w pracy, kreatywni w podartych ciuchach przyrośnięci do swoich komputerów, ekanci – zimni profesjonaliści szczerzący się do Klienta... Fakt, nie wiem, jak jest gdzie indziej. Może faktycznie jeszcze takie miejsca istnieją. Jeszcze w Peppermint, rozmawiałem z szefową, która opowiadała o swoich początkach, wtedy w DDB czy jak się ta cholera niegdyś nazywała. Tam ponoć właśnie miały miejsce różne ciekawe zdarzenia, normy, które teraz japiszonom po zarządzaniu u Koźmińskiego w pale się nie mieszczą. Nie przytoczę jakie, bo jeszcze to ktoś przeczyta, wspomni i będą potem jakieś nieprzyjemności. Zawsze wydawało mi się, że w tej branży pracują pasjonaci. Kreatywni dążą do tworzenia dzieł zasługujących na Effie, Golden Arrow, Oscara, Asa Empiku i cholera wie co jeszcze. Stratedzy chcą zbawiać świat i jednym słowem repozycjonować marki, wstrzymać Coca-Colę a ruszyć Pepsi, czy co tam jeszcze. Ekanci zaś to asy marketingu i relacji, zawsze w biegu, zawsze z entuzjazmem, żyją pełnią życia, odpicowani, uśmiechnięci, a wieczorem na piwo z Klientem. Tymczasem...?
Kreatywny ma wszystko w dupie. Dla niego to, czy pracuje w reklamie, czy tworzy komiksy, to jeden grzyb. Mógłby równie dobrze Bravo ilustrować. Strateg generalnie nie istnieje, ale jeśli już istnieje, wykonuje swoją pracę jak najlepiej, jednak bez wiary, o której powyżej. Ekant to księgowy. Zaraz po wyjściu spod tony papierów, procedur, statusów i spotkań, okazuje się, że na entuzjazm nie ma już miejsca i czasu. No i też jest mu wszystko jedno – agencja reklamowa? A może po stronie Klienta? A może w ogóle gdzieś indziej?
Mało już takich pasjonatów, jak nie przymierzając ja, co za reklamę by wiele oddali, aby tylko w jakimś stopniu uczestniczyć w jej tworzeniu. Za reklamę, nie za COKOLWIEK co wymaga tworzenia.
Czy jeszcze takich kiedyś poznam? Kreatywnych, którzy będą kochać swoją robotę i poza pracą będą także tworzyć - bo lubią? (Tu pozdrawiam adkuchni, daily.art.pl oraz innych aktywnych kreatywnych) Stratega, z którym - jak kiedyś z Łukaszem G. z Peppermint - będzie można prowadzić długie i pasjonujące rozmowy o marce, targecie i jego potrzebach? Ekantów, którzy walczą jak lew o swoją pracę - pasję - i nie mantyczą na każdym kroku (zresztą sam robię to samo, żeby nie było)? Może, tymczasem...
Wracam do Excella.
środa, 29 lipca 2009
Znajdź 10 róznic między oryginałem a moją fikcją. Nagrodami są 10-letnie pobyty w Domu Spokojnego Szaleństwa w Tworkach. Tekst nr 1: Kasia N. (24l.) walczy o życie w rejonowym szpitalu w Klimontowie Górnym po tym, jak w wyniku okultystycznych obrzędów poroniła.
W zeszłym tygodniu opublikowaliśmy artykuł o grupie bezczelnych satanistów, przez których obrzędy mieszkanka Klimontowa Górnego, Kasia N. (24l.), straciła dziecko. Nasze dziennikarskie śledztwo ujawniło kilka szczegółów, które rzucają światło na tę mroczną sprawę.
piątek, 05 czerwca 2009
Niech mi ktoś powie, że oni nie są zajebiści... no niech ktoś powie...
Kuchenka gazowa zrobiła z nas mumie! Piorun strzelił mnie przez telefon!
wtorek, 19 maja 2009
Dla potomnych, bo mnie to niesamowicie rozbawiło. Wymiana maili z Klientem:
piątek, 27 marca 2009
Przenoszę serię artykułów rodem z Faktu tutaj. Na starym blogu mała oglądalność, zresztą nie chcę wspierać Onetu - a zawsze to taka notka spowoduje, że i nagrania będą miały oglądalność. Lans, lans, lans.
Dziś, kochane dzieci, dowiecie się, jak pisać artykuły prasowe. Nie byle jakie artykuły i nie do byle jakiej prasy. Największy nakład, największy zasięg. Największy syf, ale o tym nie każdy wie i musi wiedzieć. Super Express się chowa. Rozpocznijmy zabawę.
Artykuł "Faktu" - Jak go napisać? Jest kilka standardowych wytycznych, których trzeba przestrzegać, aby "Faktowy" artykuł był dobry. Oto one. 1. Tytuł. Artykuł dobrej, poważanej gazety nie może mieć nagłówka takiego, jak stosuje Wybiórcza czy Rzepa. Nie można napisać "Premier spotkał się z prezydentem za zamkniętymi drzwiami", "Tragedia podczas żniw", "Wypadek pracownika MZO". Owszem, taki tytuł zobrazuje to, o czym w artykule się pisze. Spełni swoją funkcję. Ale nagłówek artykułu w Fakcie MUSI do tego spowodować, że nawet jeśli z rolnictwem nie masz nic wspólnego a potyczki prezydenta z premierem obchodzą Cię tyle co zeszłoroczny śnieg, artykuł przeczytasz! Lećmy więc tymi samymi tytułami, tylko napisanymi przez AxeloSpringerowego redaktora: "Co oni knują za naszymi plecami?", "Krwiożerczy traktor podziurawił go jak sito", "Mojego męża pochłonęło szambo" (to ostatnie autentyczne). Jaka dramaturgia! Sugestywność! Jaka siła przyciągania! I nie zapominajmy o jednym: czcionka minimum 72, kolor czerwony lub żółty, szeryfowa, z dużą ilością "pyłu", żeby wyglądała jak obrzydliwie ociekająca jakąś cieczą.
Ot, jeden ze świeższych przykładów: ![]() Od kiedy, kurwa, pogoda jest zdolna do skandalizowania? Albo to: http://www.efakt.pl/wydarzenia/artykul.asp?artykul=38317 I zdjęcie zawodnika z piłą motorową... 2. Tematyka Od tego w sumie powinienem zacząć, ale co tam. Zapomnij już teraz o tarczy antyrakietowej, polskich wojskach w Iraku, problemach gospodarczych. Jeśli polityka, to tylko taka nabardziej brudna, najlepiej ujawnić zarobki jakiegoś parlamentarzysty i się nad nim poznęcać. Pracownicy reklamy i marketingu, a także większość co bardziej rozgarniętych osób słyszała taki zwrot "grupa docelowa". Otóż nie próbujmy zaprzeczać, że grupą docelową Faktu są debile. Kretyni, matoły, analfabeci (trochę mniej, ale też), prawica, oszołomy. I o tematach dla wyżej wymienionych trzeba napomnieć. Piszemy tak naprawdę o nich samych - nie interesuje ich Irak, bo to jest jeszcze gdzieś "het, za sołtysowym polem", nie interesuje ich tarcza antyrakietowa ("dyć w Ciećwierzyce nijak walić ni bendom" ), nie interesuje ich poważna polityka ("wójta my obrali, to i syćko jasne. A na radnego sie syna piekarza upchnie, bo un czytaty i pisaty"). Ja mówię smiertelnie poważnie. Poza dużymi miastami taki często jest tok myślenia społeczeństwa polskiego. Nie zawsze, ale często. Aha, bo byłbym zapomniał - mile widziane artykuły fanatycznie katolskie, np. przewodnik po Licheniu, cudowny medalik albo coś w tym guście. Ewentualnie "Ukazał się Jezus Chrystus z blachy od pizzy" - tu pozdrawiam załogę joemonster, bo to też autentyczne.
Przykład perfekcyjny, więcej nie wrzucę, bo się duszę ze śmiechu: http://www.efakt.pl/wydarzenia/artykul.asp?artykul=38151
3. Wiek postaci Krótki ustęp - zawsze, ale to zawsze podawać wiek osób, które występują w tekście. Nawet, jeśli elementarne zasady kultury każą nie podawać wieku kobiet, szczególnie starszych, bo mogą sobie nie życzyć, zawsze dopisek w nawiasie (56 lat) musi być. 4. Personifikacje Tego się nie da opisać, to trzeba zobaczyć i zrozumieć, niestety. Przykłady, również autentyczne, a potem wyjaśnię, o co chodzi: http://www.efakt.pl/wydarzenia/artykul.asp?artykul=42989 Rozumiecie, nie "Chorujemy z powodu ciśnienia", tylko "Ciśnienie nas morduje". FAKTycznie. Ostatnio goniło mnie z siekierą. Potem wziąłem prozac i przestało. Tu, z kolei, kamieniołom: http://www.efakt.pl/wydarzenia/artykul.asp?artykul=38204 Dalej nie szukam. Z pamięci - "Pochłonęło go szambo" "Mikrofalówka chciała go zabić" "Mordercza chińska lampka" Rozumiecie, ludzie nie są winni, że nie zachowują ostrożności nad szambem. Aluminiowe naczynia w mikrofali nie mają znaczenia, podobnie jak nie włączanie urządzeń elektrycznych mokrymi rękoma. Wszystkiemu winne są one - krwiożercze artykuły AGD!!! 5. Ciekawostki i gadżety To się tłumaczy samo przez się, a takich kwiatków jest od pyty. http://www.efakt.pl/wydarzenia/artykul.asp?artykul=38197 http://www.efakt.pl/wydarzenia/artykul.asp?artykul=38546 6. Historie prawdziwe To już wyższa szkoła gotowania na gazie. Jednocześnie świetna zapchajdziura. Większość tematów "Faktu" jest jednorazowa - piszą o krwiożerczym traktorze czy o pensjach polityków, ale do tematu nie wracają. Przynajmniej przez jakiś czas. Prawdziwą sztuką jest stworzenie (bo chyba nie opisanie? Takich historii życie nie pisze...) tragedii jakiejś osoby. Najlepiej konkretnej, z podaniem imienia i nazwiska. Marketingowcy wiedzą po co. Temat musi być oczywiście maksymalnie durny i wyssany z palca, ale działa to tak: w pierwszym odcinku piszą o co chodzi. W drugim - pół artykułu przypominają o co chodziło, dwa zdania rozwinięcia historii. W trzecim: o co chodziło w pierwszym i drugim i dwa zdania... etc. Poprzyjmy to przykładem: http://www.efakt.pl/wydarzenia/artykul.asp?artykul=42647 http://www.efakt.pl/wydarzenia/artykul.asp?artykul=42832 http://www.efakt.pl/wydarzenia/artykul.asp?artykul=42900 Fluorescencyjnego Jezusa pomijam litościwym milczeniem. I co? I trzy numery Faktu załatwione! Redaktor robi Ctrl+c Ctrl+v, dopisuje rzeczone dwa zdania, wstawia foto (to samo, jak widzimy w odcinkach 2 i 3), kasuje wierszówkę, idzie do domu. 7. Przerysowania Aby nadać tak beznadziejnemu artykułowi więcej dramaturgii, redaktorzy naszego ulubionego tabloidu używają wyjątkowo nietrafionych językowo - aczkolwiek podejrzewam, że skutecznych - sformułowań. Nie poprę linkiem, bo nie mam już siły grzebać w ich archiwum... ale taki przykład z pamięci, historia najnowsza zresztą. "Kiedy zmieszał ze sobą odczynniki chemiczne, potężny wybuch zatrząsł murami szkoły. Kiedy pył opadł, wszyscy ujrzeli przerażający krwawy strzęp, jaki został z jego dłoni" A o co chodziło? Chłopak mieszał na chemii w szkole jakieś cudeńka i mu pieprzło. W sensie probówka pękła. Skaleczyła go w dłoń, nawet chyba mu się jakieś szkło wbiło, na tyle, że musiał do szpitala pojechać. Ale gdzie tam! Wybuch zatrząsł murami szkoły - no jak to czytałem, to myślałem, że się przynajmniej od tego wybuchu piętro zawaliło. Ale nie. Pył opadł - pyłu gwiezdnego to się chyba redaktor nawciągał. Przerażający krwawy strzęp - mój komentarz brzmi "ichuj.pl".
Mam dość. Zdaję sobie sprawę, że powyższy wpis jest słaby, śmieszny tylko momentami... ale przynajmniej mi ulżyło. Pozdrawiam i zapraszam ponownie. Po artykuły Faktu mojego autorstwa zapraszam tu: Stary, już chyba więcej nieużywany blog na chujowym Onecie
poniedziałek, 19 stycznia 2009
Ludzie często pytali mnie, czemu nie gram w żadnym zespole. Otóż gram. Albo grałem. Uczestniczyłem w następujących projektach: 1. Epidemia - Starachowice, dawno temu, moje początki ogrywania się z działaniem zespołowym 2. Stan napięcia - Brody, długi czas, parę imprez potańcówkowych, wesele jakieś, trochę twórczości własnej. 3. Scream - zespół szkolny III LO w Starachowicach, głównie obsługa różnych akademii kuczci. 4. For head squared - Ze 3 miesiące to trwało, zakończone jednym nędznym występem na "Wysypisku" w Warszawie 5. Empatia - całkiem inny styl, bardziej folk, przez rok; jakoś nie ma czasu i - powiedzmy sobie szczerze - ochoty na to. 6. Fairytellers - obecnie, coś tam rzeźbię z chłopakami; perspektywiczne, ale jestem tam odtwórcą, a nie twórcą.
Więc czemu nie ma mnie w żadnym ciekawszym projekcie? Odpowiedź jest prosta i trudna zarazem, ale mam nadzieję, że zainteresowani zrozumieją. Jestem cholernym dupkiem, bucem, bufonem i egoistą przy okazji. Moje aranżacje są MOJE. Moje utwory również są MOJE. I nie to, że nie życzę sobie, żeby ktoś je też grał. Będę dumny, jeśli ktoś podłapie mój utwór czy moją aranżację nawet. Na etapie TWORZENIA jednak użeranie się z zespołem, gdzie każdy ma inną wizję, niektórzy nie mają żadnej - ooooo, nie. To, co możecie usłyszeć, ma być GOTOWCEM, który mój przyszły zespół przesłucha, nauczy się i zagra tak, jak autor - czyli ja - to widział. Tyle. |